Komunikacja – zmora naszych czasów, ale czy tylko naszych?

Komunikacja – zmora naszych czasów, ale czy tylko naszych?

Ostatnio dużo się u mnie dzieje w materii szeroko rozumianej komunikacji. Nie mam tu na myśli środków transportu, ale sposobu w jaki przekazujemy sobie nawzajem różne informacje. Dotyczy to zarówno komunikacji w rodzinie jak i na zewnątrz.

Dlaczego ta sama treść wypowiedziana przez dwie różne osoby, czyli na dwa różne sposoby, raz nas drażni, a innym razem nie? Czy istnieje gotowy szablon na porozumiewanie się z najbliższymi i czy faktycznie tak jest, że to wszechobecna elektronika spowodowała, że ludzie nie potrafią ze sobą rozmawiać.

„Małe dzieci mały kłopot głosi stare przysłowie”

Kiedyś mi się wydawało dziwne, bo przecież wraz z wiekiem dzieciaki nabierają samodzielności i wymagają już mniej naszej opieki. Teraz powoli zaczynam rozumieć, o co w tym chodzi. Przewijanie pieluch, karmienie i bieganie za wszechobecnym 2-latkiem, to bułka z masłem w porównaniu z „pyskatą” ośmiolatką. Szczególnie w okresie wakacyjnym, gdy wraz z siostrą goszczą w progach swojej babci. Ciągle słyszę, jakie te dzieci głośne, czemu się ze sobą kłócą, ciągle im się nudzi i w ogóle się nie słuchają. Kiedyś dzieci to były grzeczne – patrz wykonywały polecenia dorosłych.

To teraz, żeby lepiej zobrazować sytuację.

Babcia ma mieszkanie w mieście, ustalony rytm dnia i ulubione zajęcia tudzież programy telewizyjne, z których nie można zrezygnować nawet na krótki czas wizyty wnuczek. Kiedyś jak ja jeździłam do mojej babci do dyspozycji z kuzynostwem mieliśmy 5ha ogrodzonego podwórka, drzewa, dach kurnika i takie tam. Zawsze się zastanawiam czy faktycznie byliśmy cicho, czy po prostu życie toczyło się na dworze……

Faktem jest, że ostatnio moja starsza córka bardzo często ze mną dyskutuje, forsuje swoje zdanie, obraża się, kłóci z siostrą. Zastanawiałam się jak można tą komunikację usprawnić, bo wieczna batalia o swoje na dłuższą metę bywa męcząca. Odkryłam wtedy, że czasem ten sam komunikat powiedziany w inny sposób ma szanse powodzenia, a czasem lepiej, żeby nie mówić nic tylko potowarzyszyć.

Bo oceńcie sami, co brzmi lepiej „pościel łóżko”, „znowu go nie pościeliłaś”, czy po prostu „łóżko nie jest pościelone” bez oceniania, generalizowania czy rozkazywania.

Bo mówienie do kogokolwiek z pozycji władzy nie przynosi porozumienia, a w rodzinie chodzi o nie w szczególności. Głównym celem rozkazów jest sprawowanie kontroli: poprzez groźby, żądania albo właśnie rozkazy. Nie chodzi nawet o to, że taki rodzic jest agresywny: po prostu nieświadomie namawia dziecko do wyzbycia się uczuć. Tym samym daje mu do zrozumienia, że jego odczucia nie są ważne i nie może ufać swoim emocjom. Jaka jest konsekwencja? Dziecko czuję się mało wartościowe i niezrozumiane. Często nie zdajemy sobie sprawy z tego, ile daje po prostu wysłuchanie dziecka. Nie musimy mu doradzać, nie musimy pouczać – wystarczy, że jesteśmy gotowi, żeby posłuchać, co ma do powiedzenia.

Rodzic powinien być po prostu dobrym słuchaczem.

Co to znaczy? Słuchać aktywnie i wkładać w to wysiłek. Dziecko zauważy, jeśli go nie słuchamy, mamy myśli zajęte czymś innym albo robimy coś w czasie rozmowy. To może zamknąć drogę do porozumienia, bo dziecko poczuje się odrzucone. Kolejny problem to bagatelizowanie – kiedy nie przykładamy wagi do tego, co mówi nasze dziecko. Jego problem może wydawać się nam błahy, ale dla niego taki nie jest. Rozpacz po stracie ukochanej lalki może nas śmieszyć, ale dla dziecka to prawdziwa tragedia. Gdyby ktoś ukradł mój rower i usłyszałabym, że nie mam o co płakać, chyba bym się zdenerwowała.

Mniej więcej tak czuje nasze dziecko, kiedy bagatelizujemy jego doświadczenia, ból, złość i żal.

Komunikat typu „oj, nie płacz już, nie ma powodu”, „nic się nie stało” to nie jest dobry sposób na wyrażenie współczucia wobec zastanej sytuacji, a tego chcemy nauczyć nasze dzieci – empatii wobec świata. Znacie to uczucie, kiedy zwierzacie się komuś, kto następnie mówi, że zna doskonałe rozwiązanie sytuacji? Niby miał dobre intencje, ale jednak nie czujemy się z tym dobrze. Dlaczego? Bo nie czujemy się wysłuchani i ktoś mówi nam, co mamy zrobić (i tym samym – co powinniśmy czuć). Ten typ rodzica poza ocenianiem i pouczaniem często neguje „niewłaściwe” uczucia. Taka komunikacja uniemożliwia porozumienie, bo dziecko słyszy co powinno robić i czuć – „„Nie martw się. Przecież X nie chciał Cię zranić”

Ale najtrudniejszym wyzwaniem dla mnie jako matki, ale też dla otoczenia jest akceptacja złości. Bo nie jest łatwo powstrzymać się od oceny czy „dobrej rady” gdy obok Ktoś wrzeszczy albo się naburmusza- tylko albo aż -dlatego, że zabawa dobiegła końca i czas wracać do domu.

Tak strasznie trudno jest wtedy po prostu towarzyszyć, zrozumieć żal ze skończonej zabawy.

Ile razy już gryzłam się w język, żeby nie zacząć bagatelizować albo pouczać. Bo przecież każdy z nas reaguje smutkiem jak się kończy urlop. Być może nikt nie kładzie się na parkingu przed hotelem i nie wrzeszczy udając żuczka na plecach, ale tylko dlatego, że system nerwowy jest już dość dobrze ogarnięty…. nie wrzeszczymy na ekspedientkę, że skończyły się cytryny, a my chcieliśmy lemoniadę, ale to nie oznacza, że nie jesteśmy wkurzeni – być może na następnym skrzyżowaniu otrąbimy jakiegoś przechodnia w odwecie za cytryny.

To my dorośli mamy więcej możliwości na rozładowanie złości – człowiek nie czuje jak mu się rymuje;)

Nasze dzieci tej umiejętności jeszcze nie posiadają, trzeba im pozwolić na złość oraz na znalezienie na nią sposobu. I pamiętajcie tylko spokój nas uratuje, zatem głęboki wdech i liczymy do 10….

Text: Joanna Strzałka – ZłotowskaBe Fit Mom – Szczecin