NIE PYTAJ MNIE O JUTRO –   „Doceńmy pracę innych – doceńmy rękodzieła”  ” – cz. XXV

NIE PYTAJ MNIE O JUTRO – „Doceńmy pracę innych – doceńmy rękodzieła” ” – cz. XXV

Seria Felietonów :  NIE PYTAJ MNIE O JUTRO to cykl felietonów publikowanych raz w tygodniu przez psychoterapeutkę Polę Szarwiło- Węgielską. Opowiadać będą o kobiecie po 30stce która stawia sobie wysokie poprzeczki, nosi wysokie szpilki, jest niezależna, pewna siebie, doskonale stąpająca po naszym szczecińskim rynku, ale kiedy trzeba umie przyznać się do porażki i  do tego , że coś jej się czasem nie udaje. Myślę, że każda z Pań znajdzie tutaj coś dla siebie. Będzie to pisane w taki sposób, aby można było z nią polemizować wpisując komentarze pod felietonami. Na pewno często będzie rozśmieszać, ale myślę, że będzie też irytować, zmuszać do odpowiedzi na własne pytania – często od dawna niezadane. Czy felietony będą mówić prawdziwą historię? To jedyne pytanie na jakie nie uzyskacie odpowiedzi.

 „Doceńmy pracę innych – doceńmy rękodzieła”

„Dawno temu w Paryżu modna dama udała się do modystki, aby zamówić nakrycie głowy ostatni krzyk mody. Modystka owo nakrycie wykonała, zużywając 5 metrów wstążki. Kiedy dama usłyszała cenę, z oburzeniem zawołała: Co?! 300 franków za 5 metrów wstążki?! Pani chyba oszalała! Na to modystka kilkoma sprawnymi ruchami rozpruła piękny czepek, zwinęła wstążkę, podała oburzonej damie i powiedziała. Zapłata jest za moje umiejętności i prace, wstążkę daje pani gratis!”

O tym dzisiaj chcę napisać. Doceńmy rękodzieło.

Postanowiłam w ostatni weekend zrobić coś innego. Coś, co w pewien sposób przybliżyłoby mnie do przeszłości. Od małego stałam za ladą w sklepie rodzinnym i handlowałam. Nie ważne ile miałam lat, ale handlarą byłam tak dobrą, że już wtedy mówiono na mnie per Pani. Lubiłam to. Zawsze byłam otwarta, pełna humoru i każdy ode mnie wszystko chętnie kupował. Wspominałam o tym już w jednym z felietonów. Niedawno dowiedziałam się, że na Pogodnie będzie jarmark rękodzieła. Ja wprawdzie zawsze uważałam, że mam dwie lewe ręce, ale w rodzinie mam tatę, który pięknie maluje i rzeźbi. Uznałam, że to do czegoś zobowiązuje. Chociaż wspomnienia mam takie, że siostra zabrała mi talent, a ja jej dłuższe nogi. 

Na jarmark zapisałam się z przyjaciółką. Ola robiła piękne pierniczki ozdabiane ręcznie, a ja zajęłam się Muffinami Cup Cakes Hand Make. Faktycznie jedno i drugie wyszło nam ślicznie. Może więc nie jest ze mną i moimi manualnymi zdolnościami aż tak źle,, jak myślałam.

Jarmark trwał 5 godzin, ale trzeba było tam być dużo wcześniej. Było strasznie zimno, prawie ciągle padało. Dobrze, że każdy produkt przez nas przygotowany był owinięty w folię albo plastikowe opakowania. Zmarzłyśmy strasznie.

Może trochę o przygotowaniach: najpierw mnóstwo jeżdżenia i szukania składników na produkty i dekoracje. Oczywiście wcześniej „reserch” gdzie co jest i za ile. Nie ukrywajmy, że paliwa na to przedsięwzięcie troszkę nam poszło. Później pieczenie pierników. Kilka blach. Pieczenie babek następnych kilka blach. Tutaj należy wziąć pod uwagę zużyty prąd. Najwięcej jednak pracy przy ozdabianiu i pakowaniu. By zrobić takie prawdziwe rękodzieło i każda babeczka, czy pierniczek były swojego rodzaju indywiduum trzeba naprawdę dużo czasu i jeszcze więcej cierpliwości.

Dla mnie był to swojego rodzaju eksperyment. Nie wiązałam z tym jarmarkiem nadziei, na nie wiadomo jaki zarobek – chciałam się dobrze bawić i mieć co wspominać. Jednak zachowania ludzi, którzy biegnąc z kościoła wpadają na jarmark i oceniają wszystko bardzo surowo, otworzyło mi oczy na ten tryb pracy. Zapomniałam, jaki to ciężki kawałek chleba. Kiedy siedzisz nad czymś, przygotowujesz to, zarywasz noce a komuś żal wydać na to paru złotych.

Oczywiście ja mówię o jednorazowej akcji. Poza tym mówię o piernikach i babkach. Jednak tam stali oprócz nas prawdziwi artyści. Prawdziwi rękodzielnicy. Robili takie cuda, o jakich mi się w głowach nie śniło. Przepiękne choinki z orzechów. Poduszeczki ręcznie szyte i wypychane w kształcie mikołaja. Ceny naprawdę nie były takie, jak na jarmarku na Zamku Książąt Pomorskich gdzie faktycznie ludzie się bardzo cenią. Tutaj, ceny były na kieszeń każdego. Można było dać zarobić rękodzielnikowi i mieć w swoim domu coś oryginalnego, stworzonego z ciężkiej pracy, potu i łez innego człowieka.

Teraz kiedy sama zarywałam noce, by zrobić coś oryginalnego, wiem, że nigdy więcej nie powiem, że jakieś rękodzieło jest za drogie. Swojego zdrowia poświęconego na coś nie ma, jak łatwo wycenić. Nie można wycenić też tanio. To nie jest praca odtwórcza, a twórcza. Może to jest tak, że samemu trzeba zobaczyć, jaka to mozolna praca, aby to docenić. Może naprawdę tak jest.

Ja jednak to Was apeluję!!! Jeśli chcecie mieć coś pięknego i oryginalnego nie kupujcie chińszczyzny – a coś, nad czym może nas sąsiad, przyjaciel czy po prostu inny człowiek naprawdę się pochylił. To gest przyjaźni i uznania. Za ciężką pracę, wielkie serce na święta dajmy rękodzielnikom, a oni dadzą nam swoje.

dsc_2917
foto: Aleksandra Sroczyńska

#felieton